niedziela, 9 maja 2010

Kryzys blogowy

Jak to ostatnio widać na naszym blogu, nie chce mi się pisać. Albo się wypisałam, albo kryzys przeżywam. Albo opisuję "wszystko" (no ale to nudne), albo nic, bo mam problem z wyborem (a skoro o jednym nie napisałam, to i o drugim nie muszę). Postanowiłam to przełamać i coś napisać pod koniec tygodnia.
Niedziela, pobudka dopiero przed 6.oo - święto :) Ostatnimi czasy Jędrek nie śpi lepiej (taka pobudka przez 6 zdarza mu się raz na 2-3 tygodnie, przeważnie to jest jednak 4-5.oo), ale nie złości się zbytnio, a to już coś cennego. Ma nowy "nawyk", chce bym włączała bajki, i którą bym nie włączyła, to chce inną. To mi przypomina jego poprzedni "nawyk", bym wyciągała rzeczy spod tapczanu (to mu na szczęście przeszło).
Z jedzeniem dalej nieprzepisowo. W przedszkolu podobno je prawie wszystko (nawet dzieciom kotlety zabiera ;) W domu też da mu się czasem coś wcisnąć, np. wczoraj zupę jarzynową, z czego byłam bardzo zadowolona (jak to czasem człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia :). Ale generalnie jest na etapie: CHLEB Z MAJONEZEM. Bez komentarza.
Leki homeopatyczne mu daję, aczkolwiek ja nie dostrzegam ich działania. Jakiegokolwiek.
W tamtym tygodniu Jędrek miał gorszy tydzień na zajęciach. Na niektórych to była wręcz masakra. Andrzej z nim był na tych zajęciach, wracał rozdrażniony, dawno tak źle na zajęciach nie było. Pominę to milczeniem. Wiadomo, o tym, co nieprzyjemne, lepiej nie myśleć. Aczkolwiek nie wszystkie zajęcia były złe, bo grupowe i basen były ok. A i pani logopeda białostocka nie narzekała. W Warszawie był raczej bunt, ale ćwiczył ostro (głównie artykulację).
W długi weekend mieliśmy imprezę rodzinną, chrzciny siostrzeńca męża. Pojechaliśmy pod Konin, nowe miejsce, wielu nowych ludzi, ale Jędrkowi to bynajmniej nie przeszkadzało. Nawet siadał do stołu, co dość rzadko nam się udaje przy wspólnych posiłkach. Widać Jędrek potrzebuje suto zastawionego stołu by mieć motywację by siadać do stołu z innymi ;) A jedzenia różnorodnego była tam obfitość wielka, Jędrek zaś upodobał sobie głównie jakąś sałatkę z majonezem. Tak, że wszystko było ok (w kościele Jędrek był wyjątkowo radosny i głośny, wrr..), tylko rano urządził awanturę, domagając się czegoś odpowiedniego do jedzenia. Awantura była głośna, z przytupami, tak co by cała rodzina szwagra zobaczyła, że z autystą łatwo nie ma. Nie powiem, by mnie to całkiem nie ruszało, ale trudno. Aaa, fajne było to, że na spacerach Jędrek podchodził do cioć, wujków (również tych mu nieznanych) i dopraszał się zabawy, brania na ręce, huśtania itd. Znaczy się dążył do kontaktów. Interesowne to było, ale w sumie, jak tak się nam przyjrzeć, to czy w naszych kontaktach nie ma interesu?
W drodze powrotnej zajechaliśmy do kina w Warszawie. Bilety dostałam od siostry, więc żal byłoby nie wykorzystać okazji (no to prawie tyle co na bilety wydaliśmy na towarzyszące kinu jedzenie; samo życie;) W Centrum handlowym - masakra - tłumy, hałas. My z Andrzejem niezbyt tym zachwyceni, chłopcy w swoim żywiole. Kino się Jędrkowi jak zwykle podobało. Oczywiście najpierw musiał spałaszować całe zapasy, które mieli, a dopiero potem spokojnie oglądał. I najwyraźniej mu się podobało i pewnie by się dowiedział, jak wytresować smoka, gdyby się nie zlał w pewnym momencie. Nasz błąd - nie powinniśmy dawać mu przed kinem picia.
Wpadki z sikaniem zdarzają mu się, nienotorycznie, ale się zdarzają. Na szczęście ja jakoś podchodzę do tego spokojniej, mniej mnie to drażni, denerwuje. Chyba trochę wyluzowałam w tej kwestii.
Na jedną notatkę starczy. Cd nastąpi.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Na skraju... niestety nie lasu

Strasznie dawno tu nie pisałam. Prawie już zapomniałam jak to robić.  Trudny to rok.  Od ubiegłego roku szkolnego Jędrek ma nową panią terap...