poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przebrała się miarka

Kilka tygodni temu dowiedziałam się, że w pewnej poradni rehabilitacji dziecięcej autystyczne dzieci mogą mieć jakąś rehabilitację, może nawet SI (integrację sensoryczną). Zadzwoniłam, powiedziałam, jaki mam problem i o co mi chodzi, pani z rejestracji mnie zapisała na dziś (czyli za jakieś prawie 3 tygodnie od czasu, gdy dzwoniłam - bardzo ładnie). Dziś - jak na złość, Jędrek chory. Kaszle, temperatura chyba też (chyba bo zmierzyć sobie nie da). Dzwonię, mówię raz jeszcze, że mi zależy na tym SI. Pani mówi, że może mnie przepisać na wizytę, ale dopiero gdzieś na luty. Myślę sobie, trudno - jedziemy. Może Jędrek da radę jakoś znieść wizytę u lekarza rehabilitanta, który miał nas dalej pokierować na terapię - rehabilitację. Zachodzimy, tradycyjnie odczekujemy swoje w rejestracji, wchodzimy do pani doktor. Najpierw zostajemy ustawieni jak dzieci, żebyśmy jej nie deptali butami po dywanie, potem, że nas za dużo w gabinecie (więc Andrzej grzecznie wyszedł), a potem pani patrzy w skierowanie i mówi: "Ale autyzmu to my tutaj nie leczymy". Ja na to, że i nie liczyłam na to, że słyszałam, że mają SI. Ona, że nie mają, że dziećmi autystycznymi zajmują się inne placówki i coś tam jeszcze, z czego wynikało, że nic dla nas nie mają. I wtedy coś we mnie pękło. Wygarnęłam pani, że nie po to ja tyle razy dzwoniłam, mówiłam o co mi chodzi, z chorym dzieckiem przez miasto jechałam, żebym teraz usłyszała to, co usłyszałam. Jak se pomyślałam, że to kolejna poradnia, co to kontrakt z NFZ podpisała a mnie robi w ciula i odsyła z kwitkiem i zadowolona bierze pieniądze za moją "udaną" wizytę, to mnie szlag trafił. Nie wiem, co dokładnie krzyczałam, wychodząc z gabinetu na korytarz, ale na pewno coś w deseń, że zgłoszę to do NFZ i dopilnuję by za tą wizytę pieniędzy nie dostali. Domagałam się też wizyty u kierownika poradni. Byłam jak furia. No i... nie wyszłam z kwitkiem. Ja wyszłam, Andrzej wszedł - próbując opanować i zrozumieć całą sytuację i dowiedzieć się o co chodzi, a w międzyczasie znalazła się pani, z którą można było coś ustalić. Dziecko mi zbadali, znaleźli wady postawy, wpisali na dalszą rehabilitację. Pani doktor nagle okazała się miłą kobietą i nawet już jej nie przeszkadzało jak Jędrek w butach wlazł na dywanik (nie to, żeby specjalnie, ot nie udało się dopilnować). I już nie wiem, czy gdybym nie zrobiła tej awantury, to wyszlibyśmy bez niczego, czy też pani doktor po początkowym kręceniu nosem, coś by nam znalazła i podpowiedziała. Nie wiem, ale myślę, że czasem taki pacjent - awanturnik jest potrzebny w naszej państwowej służbie zdrowia. Bo oni (lekarze) się przyzwyczaili, że jak na NFZ, to niby leczą kogoś za darmo i robią pacjentowi łaskę. A ja mam już serdecznie dość bycia popychadłem i całowania innych po piętach za rzucane mi ochłapy usług wielce specjalistycznych.

P.S. Z tego co pani doktor wyjaśniała mężowi, gdy "interweniował", to wpisanie przez lekarza rodzinnego na skierowaniu słowa: "autyzm", nie jest podstawą do skierowania kogoś na rehabilitację i że powinniśmy szukać pomocy w poradniach dla dzieci z autyzmem. Mąź, też trochę poirytowany całą sytuacją, spytał, czy pani się orientuje ile takich placówek jest na terenie 300 tys. miasta. Ponieważ pani nie wiedziała, to sam ją musiał uświadomić, że do końca ubiegłego roku żadnej, a teraz są dwie, z czego jedna bez wsparcia NFZ-u. Więc jeśli autyzm to choroba - to gdzie mamy leczyć nasze dziecko? Wszak oboje pracujemy i jesteśmy ubezpieczeni. A dziecko ma wiele dysfunkcji ruchowych, problem z równowagą, z koordynacją wzrokowo-ruchową etc. To właśnie chcemy tu leczyć. Rozgadał się mój małżonek, ale kolejne pytania pozostały już bez odpowiedzi.

2 komentarze:

  1. Dobrze, że ja już nie mam nic wspólnego z NFZ. Polska jest zacofana i tam każdy każdemu łaskę robi, że cokolwiek zrobi. Jestem za granicą i tutaj opieka zdrowotna jest na wysokim poziomie a nie to co ten syf w PL.

    Wytrwałości i cierpliwości życzę ....

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak trzymaj. Szkoda ze trzeba sie zapienic zeby uzyskac pomoc ktora ci sie przeciez nalezy. Tak? Ja co prawda tylko dwa razy mialam powazniejszy klopot ze zdrowiem w PL, ale i tak za kazdym razem musialam sie wyklocic o swoje. Bardzo polecam metode na :
    "Przepraszam ale mam nadzieje ze nie ma pan/pani nic przeciwko temu ze nasza rozmowa bedzie nagrywana?"
    Dziala.
    A tymczasem serdecznie pozdrawiam i zycze jak najmniej takich akcji. Buzia

    OdpowiedzUsuń

Na skraju... niestety nie lasu

Strasznie dawno tu nie pisałam. Prawie już zapomniałam jak to robić.  Trudny to rok.  Od ubiegłego roku szkolnego Jędrek ma nową panią terap...