piątek, 27 kwietnia 2012

Na delfinach

Od środy jesteśmy w Turcji na delfinoterapii.
Nie obwieszczałam jakoś szczególnie publicznie tego naszego wyjazdu przed, bo choć był planowany już parę miesięcy temu, to ja jakoś nie do końca wierzyłam, że do tego dojdzie. Wydawało mi się to tak mało realne, tak niepasujące do naszego życia codziennego. Ale wszystko się udało. W środę skoro świt wyruszyliśmy z domu samochodem na lotnisko. Na lotnisku wszystko poszło sprawnie (a bo też leciała z nami terapeutka, więc byliśmy prowadzeni "za rękę"). Samolot - pierwszy lot naszych synów. I o ile o Piotra się nie bałam (groziło mu najwyżej tyle, że będzie rozczarowany wrażeniami; ale na szczęście - podobało mu się), o tyle z Jędrkiem mogło być gorzej. Samolot jakiś taki mały (choć na 180 osób), ciasny. Dużo płaczących dzieci, hałas - czułam się momentami, jakbym jechała autobusem obładowanym kurami i tubylcami (jak w filmach o Meksyku). Niemniej Jędrek znosił to wszystko bardzo dzielnie, choć w pewnym momencie się zezłościł (jak mu Piotrek zwrócił uwagę by nie lizał stolika) i choć to był moment, to w tych warunkach, uwierzcie - bardzo trudny. W Turcji, w autokar i kolejne drugie tyle jazdy (coś ok. 2,5 godz). Ale było ok.
Hotel Long Beach w Turkler koło Alanyi. 5 gwiazdkowy, luksusowy. Mamy tu takie warunki, w jakich w życiu nie byliśmy i nie wiem, czy kiedyś jeszcze będziemy. Opcja Ultra All Inclusive. Wygodny pokoik, jedzenia (i to jakiego!) w brud i na okrągło. Baseny i inne atrakcje.
Wrażeń cała moc. Nie wyrabiam z przeżywaniem, co dopiero z opisywaniem. Ale choć warunki mamy znakomite, to nie ma lekko. Jędrek stwarza całą masę stresujących sytuacji (co zapewne wynika przynajmniej częściowo i z  tego, że dla niego cała sytuacja też jest nowa i stresująca). Od przyjazdu miał już kilka tak trudnych zachowań, jakich ostatnio w domu nie bywało. I choć to czasowo stanowi niewielki procent w porównaniu do chwil, gdy jest dobrze, albo i świetnie, to takie sytuacje są niezwykle wykańczające emocjonalnie. Niemniej mam nadzieję, że to pierwsze dni, czas przyzwyczajenia się do nowej sytuacji, są takie trudne i  że dalej będzie lepiej... Dla nas samych pierwszy dzień albo i dwa były niezwykle stresujące. Ten luksus miejscami bywa bardzo przytłaczający. Człowiek, taki jak ja, który pierwszy raz z tym się zetknął, nie umie się zachować, nie wie, co i jak (próbuje wypić drinka "demo" - ale wstyd). Ale powoli się oswajamy - za dwa tygodnie to już będziemy " światowcy";)
Z rzeczy najważniejszych. Delfinoterapia jest tu prowadzona przez Fundację Dobra Wioska. Dziś Jędruś miał swoje pierwszą sesję z delfinem. Byłam pełna obaw (terapeuci również) bo Jędrek jest... "dziki". Z wodą oswojony za pan brat. On by najchętniej wskoczył do wody i sobie popływał z delfinem. A delfin, to zwierzę płochliwe, tu trzeba delikatnie. A Jędrek z kolei słuchać się za bardo nie chce, on chce po swojemu. A jak coś nie po jego myśli, to pazury w ruch. Więc po wczorajszej rozmowie z terapeutką i po próbie wspólnej zabawy w basenie, byłam pełna obaw, czy z tego cokolwiek sensownego wyjdzie. Ale dziś było super. Jędrek co prawda najpierw zamierzał wskoczyć do basenu do delfina i w ogóle próbował trochę cudować po swojemu, Marcin (przydzielony do Jędrka "delfinowy" terapeuta) został co prawda drapnięty, ale wespół w zespół, przy drobnej pomocy Andrzeja, który stał w pogotowiu do ewentualnej pomocy, chłopaki dali radę. Ja z Piotrem obserwowaliśmy to z trybuny. I z naszej strony wyglądało to super. Bo Jędrek tam był (nie zwiał, choć próbował sobie pobiegać), bo karmił delfina rybkami, bo go głaskał, bo nawet noskiem go delfin do głowy dotknął. Jędrka delfin (o imieniu Zeus) w ogóle bardzo się starał, sztuczki robił, a Jędrek - jak na Jędrka to był bardzo grzeczny i zainteresowany. Na początku bawił się z delfinem stojąc na brzegu, potem razem z Marcinem pływali z delfinem w wielkim, głębokim na 6m basenie.
A z innych atrakcji, to Jędrek chyba najbardziej lubi basen wewnątrz, w hotelu. Woda tam cieplutka, aż może nawet za ciepła, no i widoki są super. Bo na górze sufit jest oszklony i jest widok i na dach i na korytarz z pokojami. Jak schodzimy po schodach, to mamy widok właśnie na ten basen i bardzo on się Jędrkowi podoba. A jak jesteśmy na basenie, to pływamy sobie na plecach (Jędrek też, choć generalnie to nie robi tego często, tu zaś widok mu się tak podoba, że preferuje tą stronę).
Inne wrażenia i refleksje innego dnia. Teraz muszę skorzystać z tego, że Jędrek śpi, więc i ja mogę.

2 komentarze:

  1. Haniu, to cudownie!
    Przede wszystkim odpoczywajcie! Należy się Wam. Jak nikomu na świecie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Bardzo jestem ciekawa wrażeń z terapii, liczę na długie opisy :)))
    Pozdrawiamy, wypoczywajcie i rehabilitujcie się ciepło!
    Kasia, mama Eli

    OdpowiedzUsuń

Na skraju... niestety nie lasu

Strasznie dawno tu nie pisałam. Prawie już zapomniałam jak to robić.  Trudny to rok.  Od ubiegłego roku szkolnego Jędrek ma nową panią terap...