wtorek, 15 lutego 2011

Taki sobie wtorek

Jak doniosła mi pani Agnieszka, w przedszkolu wczoraj wcale nie było źle. Problem polegał tylko na tym, że Jędrek lubi bawić się plastikowymi kolorowymi sztućcami. I ostatnio, swoim domowym zwyczajem, zaczął je upychać pod dywan (w domu chowa swoje skarby wrzucając je za i pod łóżko) i jest bunt bo nie chce ich normalnie posprzątać. No jakże to? To on tak doskonale schował je pod dywan, a tu mu wyjmują i każą sprzątnąć? Gdy to przeczytałam, zaczęłam coś na ten temat żartować do Jędrka, a ten, łobuziak, zaczął się śmiać pod nosem. Dowcipniś. Ciekawe, czy równie wesoło mu będzie jak zobaczy, że pani Agnieszka przykleiła taśmą dywan do podłogi... No zobaczymy, kto kogo przechytrzy. Mam nadzieję, że pani Agnieszka przekona Jędrka do niestosowania takich praktyk w przedszkolu.

Nasz żartowniś był dziś bardzo łasy na słodycze. Dorwał się do paczki żelków i całą ją sam spałaszował. Gdy babcia poprosiła go, by zaniósł jednego żelka bratu, Jędrek czym prędzej wsadził żelka do buzi, po czym poszedł do Piotrka i dał mu ... buziaka. Widać uznał, że słodki buziak wystarczy:)

Na basenie Jędrek miał głównie ochotę pływać w poprzek i czepiać się koralików. Nie byłyśmy w stanie namówić go z panią Haliną do skoków do wody. Tata stwierdził, że Jędrek najwidoczniej uznał, że jak skoki, to tylko z tatą. No i mama nic nie zobaczyła. Ale i tak było miło. Jędrek był w dobrym nastroju.
Na SI Jędrek był rozskakany. Nawet nie wchodziłam na salę, by dodatkowo nie utrudniać. Pani Gosia stwierdziła, że nie za bardzo dał sobą dziś kierować. Nic to, na pewno się dobrze bawił. A to też ważne.
Udało nam się zdobyć zaświadczenia od lekarza sportowego na basen i hipoterapię. Nasza rodzinna nie chce ich wystawiać, czym bardzo nam utrudnia życie. Lekarz sportowy nic Jędrka więcej nie zbadał, jak rodzinna (Jędrek się nawet zmierzyć nie dał, o żadnych ciśnieniach, EKG, to nawet mowy nie było), ale zaświadczenia dał bez problemu.
Aaa, podobało mi się jak byliśmy w sklepie, między zajęciami. I Jędrek przechadzał się i brał różne smakołyki z półek i wkładał grzecznie do wózka. Jeju, pamiętam czas, gdy tego nie było. Gdy jego zainteresowanie się czymkolwiek na półce, wyciągnięcie po coś ręki, było na wagę złota. Teraz zresztą też ogranicza się raczej tylko do jedzenia. Ale potrafi np. znaleźć w sklepie lodóweczkę ze swymi ulubionymi lodami i stanąć przy niej gapiąc się grzecznie przez szybkę i licząc na to, że może sprowokuje rodziców do zakupu. Nic to, jak się już naje (jak chleba będzie miał dość), to może przyjdzie pora na igrzyska.

Módlcie się za Eryka, dobrze?
I dziękujemy za wszystkie komentarze. Miło nam, jak piszecie. Nie czujemy się wtedy tu tacy sami.

1 komentarz:

  1. mandrynka (ania)16 lutego 2011 00:49

    Jeśli mogę to oczywiście wspieram modlitwą ;) Jak najbardziej ;)

    OdpowiedzUsuń

Na skraju... niestety nie lasu

Strasznie dawno tu nie pisałam. Prawie już zapomniałam jak to robić.  Trudny to rok.  Od ubiegłego roku szkolnego Jędrek ma nową panią terap...